Jak mam zebrać
moje nienapisane wiersze?
I odtworzyć każdy z nich
w tym błysku,
w jakim się na moment
jawiły?
A nawet te z innego wymiaru,
które się przyśniły.
Te poronione,
te zranione.
Na boku zostawione,
nawet porzucone,
potem wygładzone
i znów zagubione.
Wiersze moje, wiersze.
To byłaby antologia
nad antologiami.
Samo życie
w epizodach,
kiedy poeta aż grzeszył szczerością.
Kładł na szali losu
swoje bezbronne słowa
i ciężar spraw ludzkich,
był bowiem ich kronikarzem.
I myślał sobie:
wystarczą.
Ażeby waga wieczności
przechyliła się
w dobrą stronę.